Filmowa ŁódźFilmowe pleneryWspomnienia

Ziemia obiecana

  • Rok produkcji: 1974
  • Premiera: 21 luty 1975
  • Reżyseria: Andrzej Wajda
  • Scenariusz: Andrzej Wajda na podstawie powieści Władysław Reymonta
  • Zdjęcia: Witold Sobociński, Edward Kłosiński, Wacław Dybowski
  • Scenografia: Tadeusz Kosarewicz
  • Scenograf II: Piotr Dudziński, Andrzej Haliński, Adam Kopczyński
  • Dekoracje wnętrz: Maciej Maria Putowski
  • Muzyka: Wojciech Kilar
  • Obsada: Daniel Olbrychski (Borowiecki Karol), Wojciech Pszoniak (Welt Moryc), Andrzej Seweryn (Baum Maks), Kalina Jędrusik (Lucy Zuckerowa), Anna Nehrebecka (Anka), Bożena Dykiel (Mada Muller), Andrzej Szalawski (Herman Buchholz), Stanisław Igar (Grunspan), Franciszek Pieczka (Muller)

Sam fakt sięgnięcia przez Andrzeja Wajdę po powieść Władysława Reymonta, dziwić nie powinien. Już w 1937 roku Julian Krzyżanowski w poświęconej pisarzowi monografii pisał, że konstruuje on „Ziemię obiecaną” w sposób filmowy „ustawiając jedną po drugiej sceny, które bez szkody dla całości kompozycji ulec by mogły przestawieniu, choć bez szkody dla tej całości nie dałyby się wyeliminować”. Walory wydanej w 1899 książki (wcześniej drukowanej w odcinkach w łódzkim „Kurierze Codziennym”) dostrzegli zresztą jeszcze wcześniej Aleksander Hertz (założyciel „Sfinksa” – pierwszej polskiej wytwórni filmowej) i Zbigniew Gniazdowski. Ich filmowa adaptacja z 1927 roku najprawdopodobniej nie zachowała się. Wiadomo było, że akcję przeniesiono w lata współczesne produkcji (czyli 20. XX wieku), powstało też zakończenie, w którym Borowiecki żeni się z Anną Kurowską. Główne role zagrali: Kazimierz Junosza-Stępowski (Karol Borowiecki), Stanisław Gruszczyński (Maks Baum), Władysław Grabowski (Moryc Welt), a także Jadwiga Smosarska (Anna Kurowska), Ludwik Solski (Hermann Bucholc) i Maria Gorczyńska (Lucy Zuckerowa).

Andrzeja Wajdę do zainteresowania się Reymontem zainspirował ponad cztery dekady później Andrzej Żuławski, zwracając także uwagę Wajdy na oświatowy film „Pałace ziemi obiecanej” Leszka Skrzydły. „Kamera ukazywała tam wyzłocone , bogate, do niemożliwości przeładowane wnętrza salonów, jadalni, gabinetów i wozowni” – zauważał Wajda po seansie.

Na początku lat 70., po realizacji „Wesela”, Wajda zadeklarował, że nie będzie już kręcić filmów. W tę zapowiedź mało kto wierzył, jednak wybór tematu stanowił co najmniej zaskoczenie, jeśli wręcz nie sensację. Jak wskazuje prof. Ewelina Nurczyńska, był Wajda „powszechnie już wtedy traktowany jako dziedzic i kontynuator tradycji romantycznej, więc do adaptacji powieści Reymonta nie wydawał się predystynowany”. W wypowiedziach reżysera z tego czasu widać zresztą swoistą mieszankę asekuracji i zapału: – Nie jest łatwo z zrobić z „Ziemi obiecanej” ciekawy film, taki jaki sam chciałbym zobaczyć – dzielił się spostrzeżeniami z Wandą Wertenstein. – Ale właśnie to jest [dla mnie] potężnym dopingiem – dodawał zaraz.

Reżyser deklarował wówczas także, że trudność, jakiej obawia się najbardziej brała się z bogactwa drugoplanowych wątków, postaci i wydarzeń. Aby widz się nie pogubił, Wajda zdecydował się na zatrudnienie, jak to określił, wyrazistych aktorów, których wybierał „długo i starannie”.

Po latach interesująco opisał ten stan rzeczy Daniel Olbrychski. „Wajda zrobił konkurs do wielu ról. Z tego, co wiem, tylko ja byłem constans. Do roli Moryca Welta przymierzano Jurka Zelnika. Wydawał się bardzo odpowiedni: z semickimi rysami, urodą, talentem. Ale gdy spróbował Wojtek Pszoniak, Wajda nie mógł przestać się zachwycać. Istotnie, talent Wojtka wprost wyłaził z ekranu. Nie można było oczu od niego oderwać. Po prostu był Morycem Weltem. Wystarczyło postawić kamerę i kręcić. Nieprzypadkowo ta rola stała się dla Wojtka trampoliną do kariery międzynarodowej. Dzięki „Ziemi obiecanej” Pszoniak już jest we wszystkich almanachach światowej sztuki filmowej. Stanisław Igar próbował Bucholca, którego ostatecznie zagrał Andrzej Szalawski. Pamiętam, że Igar był bardzo zdenerwowany, bo to miała być jego pierwsza duża rola u Wajdy. Na szczęście reżyser znalazł dla niego postać równie wyrazistą – Grunspana, która okazała się znakomicie zagrana. Ankę miała grać Sławka Łozińska. Nawet po zdjęciach próbnych bardziej skłaniałem się właśnie ku niej, ale ostatecznie moją partnerką została Ania Nehrebecka. Zagrała spokojnie, z wyczuciem – typowa szlachcianka, bardzo piękna i bardzo polska. Lucy Zuckerową zgodziła się zagrać Violetta Vilas. Wajda był zachwycony. Nie przyjechała jednak na ostateczną próbę kostiumu. Napisała potem telegram, że wyjechała z domu, ale po drodze czarny kot przebiegł jej drogę. Uznała to za zły omen i zrezygnowała. Wajda bez namysłu zwrócił się więc do Kaliny Jędrusik. Rzuciłem mu się na szyję, bo wybór był doskonały.”

Treści filmu (czy różniącej się od niego znacząco książki) przypominać nie wypada, zatem przywołajmy raz jeszcze autobiografię reżysera„ „Z trzech bohaterów jeden jest Polakiem, drugi Niemcem, trzeci Żydem. Razem zakładają fabrykę, łączy ich wspólny interes, wspólne poczucie przynależności do grupy Lodzermenschów. Ten szczególny konglomerat polsko-niemiecko-żydowski ówczesnej Łodzi jest ogromnie interesujący, uderza barwnością, różnorodnością obyczajową, rozmaitością typów i postaw”- pisze Andrzej Wajda.

Produkcja trzygodzinnej „Ziemi Obiecanej” kosztowała ponad 30 milionów ówczesnych złotych, podczas gdy koszty te w przypadku zwykłego filmu zamykały się na ogół w przedziale 6-10 milionów. Zdjęcia realizowano w 94 obiektach z udziałem ponad 50 aktorów i setek statystów. Trwały 86 dni. Udało się skończyć je w tak ekspresowym tempie dzięki temu, że jednocześnie pracowały dwie, a czasem trzy ekipy. Główną kierował naturalnie Andrzej Wajda, pozostałymi Andrzej Kotkowski i Jerzy Domaradzki. Operatorami zdjęć byli Witold Sobolewski i Edward Kłosiński.

„Zaczęła się wspaniała przygoda z miastem, które każdego dnia odkrywało przed nami coraz to nowe fragmenty swojej niezwykłej przeszłości. – Znałem Łódź. W czasie studiów mieszkałem tam przez cztery lata, ale nigdy nie polubiłem tego miasta. Teraz brało odwet za moją obojętność z tamtych lat.” – pisał reżyser.

Pisał o Łodzi, bo jak powszechnie wiadomo – zdecydowana większość zdjęć powstała właśnie tutaj. „Kiedy film nominowano do Oscara [o czym później – red.], najbardziej zawzięte spory wśród ludzi z Hollywood budziło pytanie: ile to wszystko, co widać na ekranie, musiało kosztować. Rzeczywiście, kamery (pracowały trzy równolegle) miały, mogło się wydawać, niczym nie ograniczoną przestrzeń spojrzenia. Dla filmu historycznego buduje się z reguły dekoracje lub adaptuje istniejące obiekty, dostawiając pewne fragmenty tak, by zasłonić współczesność. Tymczasem w Łodzi istniała ciągle dawna, dziewiętnastowieczna zabudowa z ogromnymi, trwającymi w niezmienionym stanie od początku wieku fabrykami, na których terenie znajdowały się dworce kolejowe, pałace i składy, tworząc całe kompleksy odgrodzone murem od reszty miasta. To bogactwo nie kosztowało nic, było do wzięcia, czekało tylko na nasz film. Scenograf Tadeusz Kosarewicz, przy pomocy Macieja Putowskiego uzupełnił jedynie z nadzwyczajną pomysłowością brakujące fragmenty.

W Łodzi zagrało około stu miejsc. Przypomnijmy w tym miejscu kilka lokalizacji pamiętnych scen.

* –  Ja? Ja ją [Łódź] mam całą w głowie. Ja od pięćdziesięciu lat patrzę na każdą firmę, co się zakłada. Ja mogę dzisiaj prawie na pewno powiedzieć o wszystkich, co otwierają interesy, czy one będą żyć! Niech mi pan wierzy, panie Trawiński, moje słowo to nie jest ten wiatr, moje słowo to dokument, to weksel z najlepszym żyrem. […] – Ja tu znam każdy dom, każdą firmę. Pamiętam Łódź, jak miała dwadzieścia tysięcy, a dzisiaj ma trzysta! A ja się doczekam, jak ona mieć będzie pół miliona, ja nie umrę prędzej! Ja to muszę widzieć na własne oczy, muszę się ucieszyć. […] Łódź jest, Łódź będzie! Pan jej nie znasz! Pan wiesz, ile ona w przeszłym roku zrobiła obrotu? Dwieście trzydzieści milionów rubli. To jest ładny grosz. Pan mi pokaż takie drugie miasto! […] Złodziejskie czy nie złodziejskie, to dla mnie jest papier. Mnie chodzi o co innego, ja chcę, żeby stawiali domy, żeby budowali fabryki, robili ulice, urządzali komunikacje, przeprowadzali drogi! Ja chcę, żeby moja Łódź rosła, żeby miała pałace wspaniałe, ogrody piękne, żeby był wielki ruch, wielki handel i wielki pieniądz – deklaruje hrabiemu Trawińskiemu (Andrzej Łapicki) Dawid Halpern (Włodzimierz Boruński), a w kadrze widać zabudowania fabryki Izraela Poznańskiego, gdzie dziś znajduje się Manufaktura. Co ciekawe widniejąca na bramie litera „P” od „Poznański”, została przerobiona na „B” od „Bucholc”.

* Kiedy Borowiecki usiłuje otrzeźwić Moryca wynosi go nieprzytomnego z pałacu Karola Poznańskiego (Akademia Muzyczna im. G i K Bacewiczów) zejściem od strony ul. 1 maja. Gdy von Horn (Piotr Fronczewski) mówi w twarz Bucholcowi: – Milczeć ty złodzieju, ty chamska mordo. Proszę mi nie przerywać… Ja mówię. Horn mówi. I pan będzie mnie słuchał, dopóki tu będę mówił i dopóki tu będę stał! dzieje się to w Sali koncertowej zaaranżowanej na kantor fabrykanta. Z kolei realizowana w ogrodzie scena przyjęcia w pałacu Kesslera, przeistaczającego się w orgię zgromadziła wokół ogrodzenia całą rzeszę gapiów. – Było bardzo zimno, co przy pracy na dworze jest dość uciążliwe. Na statystki zostały wybrane dość urodziwe, dobrze zbudowane prządki. I nie wiem jak to się zaczęło, czy to było celowe czy nie. Chyba troszkę tak, ale wymknęło się spod kontroli. Otóż one dostały nieco alkoholu. I część, ta mniej odporna, dostała małpiego rozumu. Tak wczuły się w atmosferę, że porozbierały się bardziej niż należało. A nikt nie miał zamiaru pozwolić, żeby na planie – zwłaszcza na oczach gapiów oblegających od zewnątrz ogrodzenie – biegały gołe panienki. W końcu trzy czwarte materiału poszło do kosza, bo nie nadawało się na ekran. A zza płotu baby krzyczały, że filmowcy to świnie – opowiadał Andrzej Haliński, II scenograf, który pamiętał też, że zaangażowany do tej sceny tygrys kompletnie nie czuł pobudzenia, a wręcz przeciwnie, wykazywał nadzwyczajną wręcz senność i apatię.
* Pałac Maurycego Poznańskiego (dziś Muzeum Sztuki) to z kolei filmowy pałac Müllerów – wizytówka i duma fabrykanta (Franciszek Pieczka). Pokazuje go Borowieckiemu, by go skusić do ożenku ze swoją córką. Gdy wchodzimy do środka, widzimy… wnętrza pałacu Scheiblera. Fabrykant, gdy wchodzi po schodach, zdejmuje buty: – Ja nie kupuję stare graty jak Grynszpan. Ja mam pieniądze na nowe. (…) Wszyscy budują pałace, ja też… Kosztuje drogo, ale niech kosztuje. Mnie stać. Ludzie mają wiedzieć: Muller ma pieniądze i ma pałace.

* Z kolei na rampę kolejową na Księżym Młynie Moryc przyjeżdża po zakupie bawełny w Hamburgu.  Haliński: – Statyści mieli przepakować bele bawełny, ale nie dawali rady, bo były za ciężkie. Przypatrywało się temu kilku jegomościów z wyraźną dezaprobatą. Wyglądali przy tych naszych statystach-osiłkach jak chucherka. W końcu jeden nie wytrzymał. „To trzeba sposobem, a nie siłą”. Andrzej Wajda momentalnie zareagował i zaproponował: „To może by pan pokazał”.  Daliśmy mu kostium i wózeczek. Rozpędził się, sam jakby pofrunął w powietrzu, wbił stalowy hak w wielką belę bawełny i w parę sekund jechała już po rampie. I to ci prawdziwi magazynierzy zagrali w filmie

* Kiedy Moryc Welt wyznaje, że chciałby mieć lepszy pogrzeb niż Bucholc, ma to miejsce na ul. Moniuszki, na której położono specjalny bruk. Jest nawet gotów zmienić wyznanie, ale na pewno nie na protestantyzm… – W kirche co ja mam? Cztery gołe ściany i tak pusto jakbyś interes miał za chwilę zlikwidować. Pastor gada jakieś rzeczy o piekle nieprzyjemne. A czy ja idę do kościoła, żeby się denerwować. Ja mam nerwy, ja nie jestem cham. A poza tym ja nie lubię się gnębić nudnym gadaniem. A przy tym lubię wiedzieć, z kim ja mam do czynienia. Cóż to za firma protestantyzm, papież to jest firma.

* W „Ziemi obiecanej” oglądamy także wnętrza fabryki. Zagrał je m.in. ówczesny „Uniontex” (stara tkalnia przy ul. Kilińskiego róg Milionowej) i jego autentyczni pracownicy, głównie łódzkie włókniarki. W fabrycznych halach trzeba było jednak zamontować lampy, które nawiązywały wyglądem do tych XIX-wiecznych (bo w łódzkich fabrykach były już neonówki). – Trzeba było zawiesić 400 lamp i powiesić je w miejscu jarzeniówek. Pracowała przy tym przez dwie noce i dzień ekipa złożona z 45 elektryków. Po to, by po zdjęciach wszystko wróciło do stanu poprzedniego. Zdjęcia w hali trwały chyba jeden dzień, ale fabrykę dla nas na ten czas zatrzymano. Dostali rozkaz z góry i wykonali – opowiadał zmarły przed dwoma laty kierownik produkcji Kazimierz Sioma.

Kolaudacja okazała się triumfem Wajdy. Film chwalił Kawalerowicz, chwalił Passendorfer, chwalił Waśkowski. „Ciszę na sali tłumaczę tym, że z ekranu wylała się rzeka, tak olbrzymia jest obfitość materiału, bogatego w treści, że nie może on być przeanalizowany w ciągu krótkiej dyskusji po projekcji. (…) Film jest niewątpliwie dla odbiorcy głębokim przeżyciem, bo z ekranu popłynęło tyle dobra, że nie można na jego temat mówić tak na gorąco” – twierdził ten ostatni.

Obraz spodobał się też władzom. Edward Gierek, wówczas I sekretarz KC PZPR, po pokazie zorganizowanym dla członków biura politycznego i ich żon zadeklarował, że pogratulowałby natychmiast twórcy, gdyby Wajda wyciął z niego dwie, zdaniem jego żony, pornograficzne sceny.

Oficjalna premiera miała miejsce 21 lutego 1975 roku (później do telewizji trafił czteroodcinkowy serial). Łodzianie zobaczyli „Ziemię obiecaną” podczas „Konfrontacji”, corocznego, cieszącego się ogromną popularnością, przeglądu najbardziej interesujących wydarzeń filmowych ze świata. „„Ziemia obiecana” Wajdy, „Żądło” Hilla, „Przepowiednia” Alcoriza i „Rozmowa” Coppoli stanowiły najmocniejsze pozycje zestawu. Nasz film okazał się na tle pozostałych ciekawy i znaczący zarówno pod względem artystycznym, jak i treściowym. „Ziemia obiecana” , choć osadzona w bardzo konkretnych łódzkich realiach jest filmem wielowątkowym, a przy tym posiadającym przejrzystą literacką fabułę. Jeśli tylko na podstawie tego obrazu cenić stan kinematografii polskiej , należałoby mówić o prawdziwym jej wzlocie. Utkwił mi w pamięci rysunek L. Zahorskiego z cyklu najkrótszych recenzji zamieszczanych w „Kulturze”. Grupa dogorywających rozbitków płynie pod żaglami Filmu Polskiego. Nagle jeden z nich krzyczy: patrzcie, ziemia, a myśleliśmy, że to już koniec, relacjonowała Renata Grzelak na łamach „Dziennika Łódzkiego”.

W ogóle recenzje były zasłużenie znakomite. „Andrzej Wajda stworzył fascynujące, przenikliwie krytyczne, utrzymane w ciemnych tonacjach widowisko filmowe. (…) Wajdowska Łódź odwraca się od historyczno-literackiego podtekstu, lewituje w przestworza kinowej magiczności , nadznaczeniowości, nie zatracając przecież cech filmu stawiającego konkretne problemy – oceniał Konrad Eberhardt. „Bardzo duże wrażenie, często najwyższy podziw oraz zachwyt i gdyby nie zakończenie – uznałbym ten film za osiągnięcie bardzo znakomite” – pisał Jerzy Andrzejewski.

Odbiór filmu nie zmienił się zresztą z upływem lat. „Wyjątkowo zmienna jest optyka zdjęć: od długich ogniskowych do świetnie wykorzystywanej kamery ręcznej i szczególnie szerokokątnego obiektywu w epilogu. Daje to w sumie bardzo zróżnicowane spojrzenie – od reportażowego do monumentalizującego w duchu Metropolis. Wizję te wspiera blisko związana z naturą obrazów, tętniąca rytmem muzyka Wojciecha Kilara” – to Adam Garbicz.

„Wajda z rzeczy niezłej zrobił arcydzieło. (…) Po obejrzeniu filmu znacznie więcej rozumiemy z historii Polski i znacznie lepiej pojmujemy nasze własne korzenie, bo przecież opowiedziana historia nie jest tak odległa, w ostatnich latach staje się bardziej niż kiedykolwiek aktualna. I to należy wyjątkowo dobitnie podkreślić.” – ocenia Marcin Król.

Wróćmy jednak do lat 70. Pół roku po premierze Wydział Pracy Ideowo-Wychowawczej KC PZPR skonstruował długą instrukcję dla cenzorów. „Chwalić trzeba dzieło nie zaś autora. Nie wolno kreować Wajdy na barda marksizmu, ale należy podkreślać obiektywną wartość ideowo-wychowawczą filmu” konkludują. Cenzura nie dopuszcza także do recenzji krytycznych. Dlatego – jak piszą – Witold Bereś i Krzysztof Butenko list otwarty Ryszarda Filipskiego oskarżającego Wajdę o fałszowanie historii i odpowiedź reżysera, że „w Polsce ciągle większość społeczeństwa to antysemici” nie ujrzały światła dziennego.

W 1976 roku „Ziemia obiecana” została nominowana do Oscara. W skutecznym ubieganiu się o nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej przeszkodziły jednak zarzuty dotyczące przedstawienia relacji polsko-żydowskich. Jako pierwszy krytycznie zrecenzował film paryski „Le Monde”, a ocena dotarła za Ocean. „Z dobrą wolą można by je [oskarżenia o antysemityzm] tak wytłumaczyć, że wzięły się z przeczytania książki bez zobaczenia filmu – gdyby ktokolwiek tam ją czytał” – ironizuje Adam Garbicz.

W 2000 Andrzej Wajda „Ziemię Obiecaną” przemontował. – Nadałem jej szybszy rytm, żywszy puls, co każdemu filmowi zawsze wychodzi na dobre – tłumaczył reżyser Tadeuszowi Lubelskiemu. W tym samym wywiadzie wyjaśnia powody usunięcia kilku kluczowych scen z krótszej o pół godziny wersji filmu.

Pierwotnie film zaczynał się od długiej sekwencji w majątku w Kurowie. – Po latach widzę, że jest znacznie lepiej dla filmu, żebyśmy najpierw zobaczyli jak się Karol Borowiecki zachowuje jako tzw. lodzermensch, a potem ze zdziwieniem dowiedzieli się, , że to jest zupełnie ktoś inny. Jak mówiliśmy sobie w czasie zdjęć – Kmicic po latach.

Najwięcej kontrowersji wzbudziło wyrzucenie sceny erotycznej w pociągu. Zarzucano reżyserowi koniunkturalizm. Żartowano, że po latach spełniło się życzenie Gierka. – Dziś wszyscy kręcą takie sceny . Otrzymałem już swoją satysfakcję , że byłem odważniejszym reżyserem 25 lat temu, toteż nie było mi jej żal, a szukałem w całym filmie szans na skróty.

Podczas, gdy kilka scen wypadło, jedna doszła. Ta, w której Stein (Jerzy Zelnik), Horn, Wilczek (Wojeciech Siemion) i Góraj (Adam Malinowski) wspólnie muzykują. – Ta scena już w powieści, kiedy czytałem ją po raz pierwszy była nieoczekiwana, nikt się nie spodziewa, że ci ludzie, urzędnicy, rachmistrze wielkich fabryk i banków, którzy myślą tylko o pieniądzach i przed oczami mają same taryfy celne spotykają się nagle po to, żeby grać wspólnie jakiś kwartet Mendessohna czy Schumanna. To nie tylko nas zaskakuje, to czyni ten film bardziej paradoksalnym i głębszym. W dodatku razem z nimi siedzi uosobienie Łodzi – Halpern i tłumaczy im, że ta właśnie rzeczywistość, która może wydawać się głupia i niesprawiedliwa, zgodna jest z istotą życia.

– Płotkę zjada duży kiełbik, kiełbika zjada okoń, a okonia zjada szczupak, a szczupaka? Szczupaka zjada człowiek! A człowieka zjadają drudzy ludzie, jedzą go bankructwa, jedzą choroby, jedzą zmartwienia, aż go w końcu zjada śmierć. To wszystko jest w porządku i jest bardzo ładnie na świecie, bo z tego robi się ruch.

Wcześniejszy

Kinematograf w wozowni

Następny

Takie były początki